Kliknij tutaj --> 🐂 jace i clary w ciąży

DSL POUR LE SON AU DEBUT !Coucouuu !Et oui,pour ceux qui ont vu mon ancienne vidéo sur Shadowhunters j'avais prédit la mort de Jaceet j'avais malheureusem It had been exactly 349 days since accident and since Jace moved away. Suddenly Clary got a text from Izzy telling that Jace was coming home. Clary would have to deal wi herondale. tmi. lightwood. +14 more. Read the most popular claryxjace stories on Wattpad, the world's largest social storytelling platform. Clary grinned. "A picnic? It's a little late for Central Park, don't you think? It's full of - " He waved a hand. "Faeries. I know." "I was going to say muggers," said Clary. "Though I pity the mugger who goes after you." "That is a wise attitude, and I commend you for it," said Jace, looking gratified. Major Character Death. The greatest Shadowhunter of his generation is what they say about the legendary Jace Wayland. But, what you don't know, is that they also say the same about his twin sister, Serena. For Serena is many things. She is the Clave Envoy to Downworlders. She is the parabatai to Isabelle Lightwood. The latest Tweets from Lauren Nicole (@Jace_Clary_MI). free follow from @clixfordsykes you're welcome Site De Rencontre Gratuit 83 Sans Inscription. Rozdział 3 Hej, sorry że nie wczoraj, ale miałam trochę na głowie. Kolejny rozdział planuje dodać koło piątku lub soboty. Dziękuję za czytanie mojego bloga. A teraz dość ogłoszeń, przechodzimy do rozdziału 3 Wzywasz mnieŚnie odlegleTo co skryteMusi zostać odnalezioneDźwięki wolności sprawiająże chcę spróbować „Sound of freedom” Within Temptation - Alec'u powoli. - Magnus chwycił Nocnego Łowcę za ramię i lekko pociągnął do tyłu. - Magnusie, co ty robisz? Jestem dorosły i wypełniam swoje obowiązki. - Pomyślałeś, że może Jace powinien pierwszy przekroczyć próg tego domu. - Magnusie daj spokój, niech idzie. - Blondyn próbował zachować spokój, ale w rzeczywistości czuł ogromne spięcie w żołądku, płucach, przeponie i sercu. Dusił się każdym wdechem i spinał się na każdy usłyszany szelest. Alec jako jego parabratai wyczuwał jedynie napięcie na całym ciele. Nie mógł jednak odczytać jego uczuć. - No to wchodzę. - Powiedział Alec. Chwilę później Magnus i Jace również przekroczyli próg domu. To co zobaczyli sprawiło na nich ogromne wrażenie. Mnóstwo krwi i ciał faerii leżało na podłodze. Ostatni z nich dumnym krokiem ruszył w stronę szczupłej, niewysokiej postaci. Sekundę później powietrze przecięło coś, co lekko oślepiło czarownika i Nocnych Łowców. Nim się obejrzeli mały kawałek metalu utkwił w prawym barku, tuż obok lewej łopatki. Pierwsze krople krwi zaczęły się sączyć z rany. - Clary! - Krzyknął Jace widząc jak upada. Momentalnie podniosła miecz, na który nadział się ostatni z faerii. Jego ciało prawie przygniotło jej. Nocny Łowca szybko podbiegł do ukochanej i w ostatniej chwili uchronił ją przed zmiażdżeniem. Otyłe ciało i ciężka zbroja opadły z hukiem na posadzkę. Kolejne krople krwi zdobiły marmur. Złotowłosy uklęknął na prawe kolano i lekko uniósł nieprzytomną Clary. Rana na ramieniu nadal krwawiła. Kilka jej kropel spadło na usta Nocnej Łowczyni. Wymieszała się z jej krwią i łzami. Jace zaniósł ją do sypialni, w której zastał przebudzających się Simona i Isabel. Trochę tym zdziwiony udał, że tego nie widzi. Powoli ułożył Clary na jej łóżko. Wtedy dopiero para Nocnych Łowców do niego dołączyła. Lekko oszołomieni nie wiedzieli co się z nimi dzieje. - Jaace.... cco.... tyy... tuu... rrobbisz? - Jąkając się Simon próbował zadać pytanie. - To ja mam zamiar dowiedzieć się co do cholery wy tu robicie. Clary walczyła sama z całym oddziałem faerii. Wy tymczasem smacznie sobie spaliście. - Nie wytrzymał Jace. Bał się o Clary. Szybkim ruchem wyjął swoją stelę. Zaczął rysować irtraze uzdrawiające. Tym razem Isabel podjęła się ponownego rozpoczęcia rozmowy. - Jace, nie wiem co w ogóle się dzieję. Clary wyszła do Alec'a i Magnusa, a później tylko pustka. Tyle pamiętam. - Ja też. Zresztą nie pamiętam nawet samego momentu kiedy zasnąłem. - Faeri'e i te ich mikstury. Zemszczę się na was. Jeśli ona umrze wybiję was jak psy. - Jace uspokój się. Gniew niczego teraz nie rozwiąże. - Isabel, zamieńmy się rolami. Niech twój Simon leży nieprzytomny. Zamartwiaj się o jego życie, a ja będę dawał Ci mądre rady. Na pewno mnie posłuchasz i będziesz spokojna. - Po wypowiedzeniu tych słów spojrzał jej prosto w oczy. Szybkim ruchem opuściła głowę i wbiła wzrok w podłogę. - Tak też myślałem. - Jace uspokój się. Każdemu z nas bliska jest Clary. Isabel próbowała tylko załagodzić sprawę. Uwierz mi, też zależy mi na Clary. - Komu nie zależy na niej? To ona ma ten jeden niepowtarzalny dar tworzenia run, o których nie mamy żadnego pojęcia. - Jece nie tylko ona posiada dar. Ty również. - Po chwili milczenia Isabel ponownie spróbowała nawiązać rozmowę ze swoim bratem. - Och, ale co znaczą moje umiejętności bez talentu Clary. Sam nie zdziałam nic. Będę tylko jedną częścią całości. - Jace nie mów tak. Masz mnie, Simona, rodziców Clary, Mayę, Magnusa i Alec'a. - Mayi tu nie ma, Simon nie jest w pełni wyszkolony, a poza tym wszyscy ulegamy substancjom, które wytworzą faeri'e. Jedynie Clary potrafiła im się oprzeć. Magnus jest wyczerpany... - Jace nie skończył swojej wypowiedzi, gdyż do pokoju wszedł Luck i Jocelyn. - A ja jestem w ciąży. Tak, miałam to wam powiedzieć jak tylko Isabel przestałaby płakać. Niestety nie doczekałam się tego, więc mówię to wam właśnie teraz. - Na Anioła czy ktoś z obecnych jest zdolny do walki? - Zupełnie jak na zawołanie pojawił się Alec. Isabel stanęła obok Aleca. - Dobra Alec ja i Isabel idziemy na zwiady... - Jace, nigdzie nie pójdziesz. A tak w ogóle, to dlaczego jeszcze nie wyjąłeś jeszcze tego sztyletu? - Jocelyn, co ty mówisz? Nie obudziłaś się jeszcze do końca, czy co? Jaki szt... - I wtedy spojrzał na ramię. Z lewego barku wystawał kawałek metalu ozdobiony pędami róż. Sztylet należał do Clary. Zawsze taki dostawała od Magnusa. Czasami dlatego, że miała imieniny, urodziny, była gwiazdka, lub inne święto, a czasami bez najmniejszego powodu. - Jace nie wyciągaj go. - Krzyknął nagle Magnus, jakby przeczuwając kolejny ruch Nocnego Łowcy. - Magnus, co Ci się dzieję. Jak nie wyjmę sztyletu, to nie będę mógł narysować irtraze uzdrawiającego, a wtedy się wykrwawię. Wiem, że od dawna chcesz zobaczyć jak olśniewająco wyglądam, gdy moja klatka jest nie ruchoma, a ciało białe, ale ja na razie nie wybieram się na tamtą stronę. - Ty nie rozumiesz, to ja podarowałem Clary ten komplet, z którego pochodzi sztylet wbity Ci w ramię. Wszystkie moje prezenty są zaczarowane. Każdy sztylet ma inne zadanie. Ten akurat tuż po wyjęciu wysysa całą energie życiową, powodując powolną, bolesną śmierć. - Czyli ten głupi kawałek metalu zabije mnie od środka? - Coś takiego. On po prostu wypali ci wszystkie siły z towarzyszącym uczuciem porównywalnym do zmiażdżenia ciała przez 100 ton. - Magnusie, przypomnij mi, żebym Cię udusił. - Chłopcze nie takim tonem. Rozmawiasz z wysokim czarownikiem. - Wysokim, ale jego wysokość nie wpływa na rozum. - Jace, Magnus, proszę o spokój. - Stanowczym głosem uciszyła dwójkę Jocelyn. Najpierw zwróciła się do Nocnego, a później do czarownika. - Musisz zrozumieć, on również troszczy się o Clary. A ty się pospiesz, bo jeden z najlepszych Nocnych Łowców wykrwawi się na śmierć. - Zrobię to jeśli ten wspaniały Nocny Łowca mnie przeprosi. - Magnusie, daj już spokój. - Cichy do tej pory Alek zabrał głos. - Jesteś po jego stronie? Czyli co on może mnie bezkarnie obrażać, a ja się na to mam godzić. - Alec to prawda. Przepraszam Cię Magnusie, nie chciałem, żeby tak wyszło. To wszystko przez to, że Clary jest nieprzytomna. - Dobrze, dobrze. Masz szczęście, że byłem winny innemu Herondale'owi, bo by było krucho z tobą chłopcze. - Magnusie, dlaczego nigdy mi nic nie mówisz o mojej rodzinie. - Bo pewna osoba poprosiła mnie o to? - Któż taki? - Twoja prababcia. - Co? Ona mnie znała? - Nie, już dawno nas opuściła. - Ale dlaczego... - Nie dokończył Jace, bo Magnus trochę poirytowany już tą rozmową przerwał mu w połowie zdania. - Mam Ci wyciągnąć ten sztylet, czy wolisz umrzeć. Tylko bez żadnych pytań. - No dobrze, ale i tak kiedyś się dowiem. - Na pewno, ale nie ja Ci to wyjawię. - Wystarczy tych pogawędek. Magnusie działaj. - Jocelyn wstał od łóżka i wyszła z pokoju zostawiając Magnusa i Jace'a w towarzystwie samego Alec'a. Stało się tak, bo w trakcie burzliwej rozmowy między czarownikiem i Nocnym Łowcą, Isabel i Simon po cichu wyszli z pokoju. Luck natomiast szepnął coś ukochanej, po czym wstał i najzwyklej w świecie wyszedł. - Jace odpręż się i pomyśl o czymś miłym. - powiedział Magnus. Przez prawie pół godziny wyjmował ostrze sztyletu. Ten wyczyn znacznie osłabił jego siły. Jace natychmiast po wyciągnięciu śmiercionośnej broni poczuł ogarniającą go ciemność i słabość. Zasłabł, ale wyczuł, że parabratai rysuje mu na ramieniu uzdrawiające irtraze. Po chwili usłyszał zamykające się drzwi. W pokoju został on sam z Clary. Tak dawno nie mógł być tak blisko niej. Wtulając się w jej rude włosy zasnął. A śniły mu się dziwne sny. Rozdział 2 Witajcie. To znowu ja i moje beznadziejne opowiadanie. Mam nadzieję, że nie zaśniecie przy 2 Pierwszy dzień miłości nigdy nie wracaGodzina namiętności się nie poety dłoń,Odtajałe serce swej melodii roztacza woń. „While your lips are still red” Nightwish - Maryse? - Nocny Łowca lekko oprzytomniał po wypiciu pierwszej dawki leku. - Jestem tu Robercie. - Nie powinnaś mnie ratować. Powinienem wtedy umrzeć. - Co ty bredzisz? - Zdziwiła się Maryse. W gruncie rzeczy powinna go nienawidzić, ale jak można od tak sobie znienawidzić osobę którą się kocha? - Bylibyście bezpieczniejsi, gdybym był martwy. - Nadal majaczysz. Połóż się i odpocznij. - Ty naprawdę niczego nie rozumiesz. Ten faeri'e pragnął tylko mojej śmierci. Był wysłannikiem Damy Jasnego Dworu. - Och, ten jad naprawdę szybko postępuje. - Uwierz mi, to ja sprowadzam na was niebezpieczeństwo. Miałem wyjechać z jej rozkazu, żebyście byli bezpieczni. Wy wszyscy, przyjaciele, rodzina, znajomi. Błagam uwierz mi. - Chciałabym, ale po tym jak opowiadałeś o kucykach pony, czy czymś takim, to będzie trudne. Mówiłeś też, że Jace jest martwy. - Miałem wysoką temperaturę... Co jakie kucyki pony? - Clary opowiadała Ci kiedyś, że lubiła jako dziecko to oglądać. Ty mówiłeś o czymś takim i że istniały jednorożce. - Boże, jaki wstyd. Ktoś jeszcze to słyszał? - Tylko ja, Jace i brat Enoch. Ale nasz przybrany syn od razu stawił diagnozę. Powiedział, że po prostu się naćpałeś i tyle. - Naćpałem? - Tak, ale ja pobiegłam po cichego brata. Wiedziałam, że Jace też przeczuwał, że to jad. Sam powiedział, że należy do smoczego demona. - Nie wiedziałem, że z tego nieokiełznanego urwisa wyrośnie tak sprawny i mądry mężczyzna. - To dzięki Clary. Gdyby ona się nie pojawiła, na pewno wiele rzeczy nie miałoby miejsca. - Nie prawda. Wiele sytuacji nie istniałoby, ale czas na pewno objawiłby nam Sebastiana i Valentine'a. Wiele więcej Nocnych Łowców leżałoby w mieście kości, a może nawet wszyscy. - Może masz rację. Jestem trochę zmęczona. Nie będziesz miał nic przeciwko temu, bym chwilkę się zdrzemnęła? - Nie, ja zresztą też czuję, że zaraz zasnę. Do Robert uśmiechnął się do Maryse. - Do zobaczenia. - Kobieta odwzajemniła uśmiech i ruszyła w stronę łóżka. Pierwsza strzała przecięła powietrze i zatopiła się w klatkę piersiową, a dokładnie pierwszego faerii. Reszta szybko otrząsnęła się i ruszyła na rudowłosą Nocną łowczynię. Jeden z nich, prawdopodobnie generał wydał z siebie dziwny dźwięk i przemówił. - Czy nie mówiliście mi, że wszyscy śpią? - Panie, nie wiem dlaczego ta dziewczyna stoi tu teraz, a nie śpi wraz z rodziną. - Odpowiedział jakiś inny rycerz. Nie zdążył jednak zrobić następnego kroku, gdyż kolejna strzała trafiła go w sam środek czoła. Bezwładnie osunął się na ziemię. - Ta dziewczyna mnie denerwuje. Zabić ją. - Tym razem generał zdenerwował się. Clary zabiła jego pierworodnego syna. Zanim jednak zdążył kolejny raz coś powiedzieć, kolejny grot zatopił się w ciele kolejnego rycerza. Śmierć nastąpiła u niego tuż po ostatnim wydechu powietrza z płuc. Tym razem zamiast jakiegoś komentarzu Nocna Łowczyni usłyszała huk rogu wojennego. Wszystkie siły ruszyły w jej stronę. Pięć strzał kolejno trafiło w serca wojskowych Damy Jasnego Dworu. Kołczan stał się pusty. Clary szybko przewiesiła go przez ramię. Z pasa wyciągnęła miecz Morgensternów. Szybko wypowiedziała jego imię, po czym z szybkością pantery ruszyła na najbliższego ludka baśniowego ludu. - Zabić ją, zabić ją. - Każdy wypowiadał te słowa w tym samym czasie. Clary czuła, ze mają jakąś moc, ale nie wiedziała jaką. Z większą zaciekłością zaczęła zadawać ciosy. Trzeci żołnierz leżał martwy, ale jeszcze ponad dwadzieścia stało na nogach. Nocna Łowczyni cofnęła się na kilka metrów i zaczęła rzucać sztyletami. Kolejna piątka leżała martwa w kałużach własnej krwi. Niestety odległość między nią, a kolejnym wojskowym zmalała na tyle, że Clary nie zdołałaby wyciągnąć kolejnego sztyletu. Maryse nie mogła zasnąć. Nie potrafiła zamknąć oczu kiedy czuła, że on jest tak blisko. Dlaczego nie może przestać go kochać. Co jest takiego w nim, co nie pozwala jej zapomnieć. Ale co może być silniejsze od wolnej woli? Muszę zasnąć. Muszę poczuć się wolna. Muszę przestać myśleć. Zaraz, zaraz gdzie ja jestem? Co to za mury? - Kto tu jest? - Zapytałam spokojnie, chociaż w środku byłam jak z waty. - Nic Ci nie zrobię... - Kim jesteś? - Przyszłam Ci pomóc... - Ale w czym? - W zapomnieniu... - Zapomnieniu czego? - Wszystkiego, czego pragniesz zapomnieć... - Lucy. Odejdź nim się zezłoszczę. - Ha ha ha... Ty naprawdę sądzisz, że możesz mnie pokonać? Mylisz się. - I wtedy wyszła z cienia. Brunetka owita w biel. Jej długie włosy tworzyły rzekę loków. Sarze oczy sprawiają, że osoba w nie patrząca doznaje ukojenia swojej duszy. Usta przezroczyste jak diamenty sprawiały tym, którzy na nie patrzyli przeraźliwy ból. Jej łzy powodowały śmierć organizmu do którego się dostały. Krew była kompletnym ich zaprzeczeniem. Pozwalała uleczyć każdą chorobę i ranę, zniszczyć każdą truciznę, oraz przywrócić wszystko czego człowiek został pozbawiony w czasie swojego życia, lub czego nie miał od urodzenia co sprawiało, że był ułomny. Teraz ta paradoksalna istota stała przed Maryse. Nocna Łowczyni odwróciła wzrok i zapytała. - Czego ty ode mnie chcesz? - Chcę uśmierzyć twój ból i uciszyć targające Cię uczucia. - Wolę cierpieć, niż oddać swoje uczucia tobie. - Wy Nocni Łowcy i te wasze zasady. Nie chciałabyś zapomnieć? - Nie, nie ważne ile zadano mi bólu ja się nie ugnę. - Dlaczego tak mnie nienawidzisz? - I ty masz czelność jeszcze o to pytać? Poświęciłaś życie swych bliskich i własnoręcznie zabiłaś swojego ukochanego. Swoim dzieciom spuściłaś całą krążącą w ich żyłach krew. Swoją matkę rozczłonowałaś, a ojca obdarłaś ze skóry. Jesteś potworem. - To była nie wielka cena za życie nieśmiertelnej. Teraz odbieram ból wszystkich istot kilka razy mocniej niż swój. Chcę byś była szczęśliwa, przez co i ja przestanę cierpieć. - Przez cały ten czas nie nauczyłaś się niczego? - Nauczyłam się wiele więcej niż ty możesz pojąć. - Nie widać tego. Gdybyś była ode mnie mądrzejsza nie kazałabyś mi oddać swoich uczuć na swoją korzyść. Mówi się, że demony są bezduszne, ale każdy z nich jest lepszy niż ty. Wolałabym zostać katowana przez wszystkie demony wszechświata, niż spędzić resztę życia tak jak ty je widzisz. - Ty niewdzięcznico, jak śmiesz. Jak śmiesz... Jak śmiesz... - Głos wydawał się coraz odleglejszy, aż w końcu całkowicie zniknął. Zastąpił go inny, męski głos. Wołał ją po imieniu i potrząsał. Nocna Łowczyni lekko uchyliła powieki. Nie wiedziała czemu bolały ją oczy. Nad nią ostatkiem sił stał Robert. - Maryse... - Ledwo Nocny Łowca wypowiedział jej imię runą na marmurowa posadzkę. Kobieta nawet się nie zastanawiając zeszła z łóżka i już stała obok Roberta. - Zabić ją! - Generał znów zaczął krzyczeć. Kolejny faeri'e leżał z podciętym gardłem. Z małego oddziału został już tylko tuzin rycerzy. Nocna Łowczyni nie poddawała się. Choć władała jednym mieczem zabiła więcej niż jakikolwiek Nocny Łowca posiadający dwa serafickie ostrza. Clary miała swoją zaciętość, lecz zmęczenie i piekące rany powoli dawały o sobie znać. Runy powoli blakły, zostawiając po sobie tylko kolejne blizny. Jej kasztanowo-rude loki przylegały do jej ciała zabierając nadmiar potu, przez co stawały się coraz bardziej mokre i posklejane. Niewygodne buty powodowały tylko większe zmęczenie. Kolejny głębszy zamach i kolejne bezwładne ciało uderzyło o ziemię. Chwila wytchnienia i kolejna blokada ciosu. Nagle coś na kształt sztyletu przecięło powietrze i trafiło dziewczynę w lewe ramię. Po ciele jej ciele spływał teraz strumyk czerwonej substancji w smaku przypominający obrabianą miedź. Kolejny zablokowany cios i atak. Tym razem rana zadana w okolicach uda. Kolejna fala bólu przeszywająca jej ciało aż do szpiku kości. Teraz czas na jej odpowiedź. Natarcie i bezbłędne pchnięcie w serce. Kolejny huk po upadku. Runa uzdrawiająca zmniejszyła rany do wielkości ziarenek gorczycy. Moment na wyjęcie sztyletu i rzut. Kolejny mąż wyssany z duszy opadł jak ziarno rzucone w pole. On jednak nie ma tego zaszczytu by urodzić jakikolwiek plon. Kolejne obelgi i kolejne starcia. Liczba ran wzrasta i najwyraźniej nie ma zamiaru ustać. Kolejne dusze wędrują do piekielnej otchłani. Jeszcze tylko pół tuzina i Nocna Łowczyni zazna spoczynku. Misja na wykończeniu tak samo z jej siłami. Moc powoli opuszcza jej ciało. Kolejny rzut. Jeszcze tylko piątka i upragniony odpoczynek. Unik, blok i kilka skomplikowanych ruchów po to by uniknąć ostrza przeciwnika. Starcie broni, lecące iskry, niedowierzanie widziane w oczach kolejnego trupa. Łapczywe wdychanie powietrza by uspokoić bicie serca. Kolejna fala bólu i przemęczenia. Chwila słabości i potknięcie. Kolejna rana i kolejna stróżka jej krwi cieknąca po jej skórze. Mimowolne drgawki. Szybkie pchnięcie i kolejne ciało leżące u jej stóp. Została już tylko trójka. Kolejny sztylet i kolejna fala bólu. Prawe ramie odmawia jej posłuszeństwa. Zostało już tylko lewe. Rzut sztyletu i kolejne ciało powoli osuwa się na marmurową posadzkę. Został już tylko generał i jego pomagier. Clary musi zmusić się do powstania. Chwiejnym krokiem rusza na kolejnego zdrajcę. Rozdział 1 - Maryse, jak się czujesz? - Robert, co ty tu robisz? I co ja Ciebie w ogóle obchodzę? - Zapytała Nocna Łowczyni, która nadal nie przestała kochać swojego byłego już męża. - Nie denerwuj się. Teraz powinnaś odpoczywać. Wiem ile sprawiłem wam bólu, ale... - Nie, nie wiesz ile go spowodowałeś, a już na pewno nie będziesz umiał go naprawić. Wynoś się, wynoś rozumiesz. Nie wiesz co przeżyła Isabel. Alec próbował zachować zimną krew, ale też był w rozsypce. A teraz gdy wraca wszystko do normy pojawiasz się ty. Wynoś się zanim kogoś wezwę, żeby wyprosił Cię. Rozumiesz. - Dobrze, nie wiedziałem, że pałasz do mnie tak wielką nienawiścią. Żegnaj, już nie będę Cię nękał. Wyjeżdżam za kilka dni I chciałem tylko zobaczyć Cię ostatni raz. To tyle. Idę. - Naprawdę już nie będziesz mnie odwiedzał? Skoro podjąłeś taką decyzję to żegnaj. - Żegnaj. - Po tych słowach Robert wstał I udał się do wyjścia. Zanim jednak zdążył ujść więcej niż trzy metry w lewym boku poczuł ból tak siny, że zaparł mu dech w piersiach. Jedynym dźwiękiem, jaki udało mu się wydobyć z siebie, był zdławiony jęk. Spojrzał na lewą pierś, z której wystawał piękny,lecz zabójczy sztylet. Faerii, który nim rzucał zbliżył się do niego. W tym samym momencie do sali wszedł, niczego nie świadomy Jace. Ujrzawszy scenę odgrywającą się kilka metrów przed sobą rzucił się na uzbrojonego napastnika. Nie minęła minuta, gdy drapieżnik stał się ofiarą. Teraz faeri'e leżał pod naciskiem ciała Jace'a. - Ha, ha, ha. Ale wy wszyscy daliście złapać się w pułapkę. Jeden z naszych oddziałów na pewno zajął się tą twoją ślicznotką i jej bliskimi. Biedni, nieświadomi, pogrążeni we śnie. Czyż to nie okropne, ale my oddajemy pięknym za nadobne. - Jeśli stało się coś Clary to pożałujecie. - Żałosne Nocne stwory. Cóż wy możecie zdziałać z rażącą siłą Damy Jasnego Dworu? - Mamy ze sobą resztę ras. To ja się pytam co wy możecie zrobić, aby nam przeszkodzić? - Zabić waszą najsilniejszą broń. Clary będzie kolejnym trofeum w kolekcji. Jej kasztanowo-rude włosy będą idealnym dodatkiem do szalu. - Jesteś już martwy, ty niewyparzona gębo. - W powietrzy zabłysła tylko niebieska poświata. Na podłogę osunęło się martwe ciało. Nocny Łowca szybko podbiegł do Roberta. - Nic mi nie jest. Pomóż mi tylko wstać. - Tak jasne, a ja jestem aniołem Razjelem. - Proszę daj mi odejść. - Nie ma mowy. Ta twoja mina tylko mnie utwierdziła w tym, że powinieneś tu zostać. - Jace proszę, po jutrze wyjeżdżam z Idrisu i już więcej nikt mnie nie zobaczy. - Czy w tym sztylecie były jakieś narkotyki, bo gadasz jakbyś się naćpał. - Wiesz wszystko jest możliwe. - Maryse, słyszysz go? Na anioła, co się z tobą stało? - Ponownie zostałem kawalerem. I oberwałem jakimś nożykiem do krojenia masła, oraz widzę dwóch Jace'ów. - Hej, hej. Ja jestem tylko jeden. Dlaczego widzisz podwójnie?... Jad smoczego demona. Jasne. - Smoki wymarły dawno, dawno temu. Wtedy podobno powstały jednorożce. - O czym on bredzi? Maryse, wiesz coś o tym? - Nie, może zwariował. - O widzę wróżki. - Robercie popatrz na mnie. - Maryse, jak pięknie wyglądasz w tej sukni. - Ok. Ja się trochę zaczynam bać. Położę go na jakimś łóżku. - Ja za chwilę wrócę z jakimś cichym bratem. - Maryse wstała z łóżka. Nadal bolało ją całe ciało, ale w bardzo szybkim tempie znalazła się obok drzwi. - Proszę, tylko się pospiesz. - Mamo ja chcę lemoniadkę. - Robercie to ja, Jace. - Nie kocham Cię Michaelu. - J A C E H E R O N D A L E. - Stephanie uważaj, za tobą! Pomocy, on się wykrwawia! - Robercie ocknij się. - Jace, Jace nie umieraj. Błagam tylko nie ty. - Robercie uspokój się, ja żyję. - Mam dość, już wystarczy. Valentine proszę nie karz jej. Maryse przeze mnie to zrobiła. Nie chcę, żeby jeszcze bardziej cierpiała. - Maryse pospiesz się. - Tak za dwa dni wyjeżdżam. Rozumiesz, masz nie zrobić nikomu krzywdy. Ja swoją obietnicę dotrzymam, a czy ty dotrzymasz swojej? - Jest coraz zimniejszy. Ma gorączkę, ale jest strasznie zimny. - Nie rób im krzywdy, nie rób... - Nagle głos Roberta zamienił się w lekki szept. Żeby go usłyszeć Jace musiał pochylić się w stronę jego głowy. - … nic złego tym których kocham. - Wtedy właśnie do sali wbiegła zdyszana Maryse i brat Enoch. Szybkim, lecz pewnym krokiem oboje ruszyli w stronę Jace'a i Roberta. Chwilę później brat Enoch zamienił się miejscem z Jace'em i teraz to on pochylał się nad Robertem. „ Jest z nim źle. Jad szybko postępuje. Muszę zdobyć kilka specyficznych ziół i narysować dwie bardzo silne runy. Muszę jednak działać szybko. Musicie przy nim czuwać i podawać mu ten specyfik. Powinien obniżyć gorączkę.” - Podał im jakiś flakon. Znajdowała się w nim jakaś gęsta, ciemna ciecz. „ Podawajcie mu to co dwie godziny. Ja muszę iść po składniki. Wrócę za kilka dni.” - Maryse zajmiesz się nim. Ja przyjdę za godzinkę może dwie. - Nie musisz przychodzić. Dam sobie radę. I tak nie miałam ciekawszych rzeczy do roboty. - Na pewno sobie poradzę. Znudziło mi się ciągłe leżenie i rozmyślanie. Wbrew temu co mówią, ja nie umiem długo skoncentrować się na jednej myśli. No już leć. Pomóż Clary. - Na anioła zapomniałem. Trzymaj się mamo. - Pa, pa skarbie. - Magnusie, nie możesz biec szybciej? - Niestety, ja nie posiadam run szybkości. - Czy ty musisz tak marudzić. - Gdybyś mi ciągle czegoś nie mówił pewnie bym teraz coś wymyślił. Na pewno moglibyśmy użyć portalu... - Co? I ty dopiero teraz o tym mówisz? - Wiesz sam na to nie wpadłeś. - Dobra, dobra. Szybko. - Poczekaj muszę się skoncentrować. El mite noske libra mis tiel trin kosper nisten litiom eklod litsan. Jotu niker pastij himen koste pros. - Już? - Tak. Możemy przejść. - Co ty powiedziałeś? - To język czarowników i starożytnych druidów. Oni umieli posługiwać się magią, ale byli tylko śmiertelnikami. - Dobra dość wykładu, przechodzimy. - Przechodzimy. „I gdzie ja teraz znajdę jakiś otwarty portal?” Jace biegł przez pusty plac. Zdziwił się, bo przecież zawsze się ktoś tu poruszał. Wtedy obok niego przebiegła kobieta o jasnych włosach. Jace zaczął za nią biec i tak znalazł się przed otwartym portalem. Ukazywał on Walię. „Czyli teraz tam uderzyły.” On jednak nie chciał znaleźć się w Walii, lecz w Nowym Jorku. Przypomniał sobie jak Clary musiała dokładnie pomyśleć o miejscu do którego chciała się dostać. Wysilił wszystkie komórki swojego mózgu i wtedy tafla portalu zafalowała i ukazała piękną posiadłość Garrow'ów. Szybko wskoczył do niego i poczuł znajomą szybkość. Nim zdążył zmrużyć oczy był już na miejscu. Śnieżnobiała willa nosiła czerwone plamy krwi. Podszedł bliżej, a chwilę później obok niego stał Alec i Magnus. - Jace, a co ty tu robisz? - Zdziwił się Magnus. - Jak to co? Przybyłem na ratunek, ale widzę, że chyba jest już po sprawie. Nie ma kogo ratować. Nie mogę uwierzyć, że on miał rację. - On, czyli kto? - Alec'owi ułożenie tego pytania zajęło kilka sekund, ale opowieść Jace'a była o wiele dłuższa i bardziej skomplikowana. Po jej skończeniu jego parabratai ledwo trzymał się na nogach. - Czyli mój ojciec chciał wyjechać, ale jad demona mu w tym przeszkodził? - Tak z grubsza to tak. - To straszne. Nawet się z nami nie pożegnał. - Uznał, że tak będzie lepiej. A teraz powinniśmy tam wejść i zobaczyć, czy jednak ktoś przeżył. - Może masz rację Jace. Choć Magnusie, obowiązki wzywają. Rozdział 1 Halo, halo Jest tam kto? Bo nie słyszę żadnego dźwięku Samotny, samotny Naprawdę nie wiem gdzie jest świat Ale teraz za nim tęsknię - Jason Walker ,,Echo" - Halo, jest ktoś w domu? - Clary kolejny raz na swoje pytanie usłyszała tylko ciszę. Zmęczona i smutna poszła do swojej sypialni. Przez całą drogę czuła jakąś dziwną woń, której nie potrafiła rozpoznać. Pamięta, że już kiedyś się z nią zetknęła, ale nie wiedziała kiedy, jak i gdzie. Zanim jednak zdążyła się nad tym głębiej zastanowić stała przy drzwiach do swojego, małego królestwa. Bez wahania otwarła je. Jej oczom ukazał się, z pozoru, zwykły, romantyczny widok. Simon wtulony we włosy Isabel, która opiera się o jego ramię. Widać było, że śni im się coś cudownego. Clary nie chcąc ich obudzić pospiesznie wyszła ze swojego pokoju. Po cichu wyszła ze swojej sypialni i udała się do pokoju matki. Tam też zastała śpiącą parę, tym razem Luck'a i Jocelyn. Mama zasnęła przy swojej toaletce, a Luck spał jak zabity w ich wspólnym łożu. Dziewczyna mogła im się przyglądać bez końca, ale głód zmusił ją do podjęcia innej decyzji. Zeszła więc do kuchni i zaczęła szperać w lodówce. Po chwili zdała sobie sprawę, że zapach jest najintensywniejszy właśnie tu, w tym pomieszczeniu. Zaczęła rozglądać się wokoło i zobaczyła dziwne naczynie z jakąś cieczą. Właśnie jej opary były źródłem woni rozproszonej po całym domu. Teraz dopiero przypomniała sobie, że właśnie tą cieczą uśpiono wszystkich Nocnych Łowców podczas oblężenia Instytutu. To na pewno była sprawka faerii. To one potrafiły tworzyć tę ciecz i tylko one robiły podobne naczynia. Pytanie, które pojawiło się w głowie Clary nie dotyczyło, dlaczego to im podłożono środek usypiający, tylko dlaczego on nie działał na nią. Pamiętała, że przy oblężeniu tylko ona była przytomna, nawet Jace uległ uczuciowi jakie zesłał na niego sen. Czym ona wyróżniała się od innych. Ten specyfik nie powodował snu ani u faeri, ani u aniołów, ani u czarowników, ale Nocni łowcy, wilkołaki i wampiry szybko tracili siły i zasypiali. Dalsze przemyślenia Clary musiała zostawić na dalszy termin, ponieważ usłyszała odgłos otwierania oraz zamykania drzwi frontowych. Strach pojawił się natychmiast. Dziewczyna nie była ani uzbrojona, ani mentalnie przygotowana na jakąkolwiek walkę. Wtedy przypomniała sobie runę, która ukazała jej się pół roku temu. Oznaczała wtopienie się w otoczenie, ale nigdy wcześniej jej nie wypróbowała. To była ostatnia jej szansa, jeśli runa nie zadziała Clary będzie już martwa. Głosy zbliżały się do kuchni w niemiłosiernym tempie. Clary coraz bardziej się bała. - Jak myślisz wszyscy śpią? - Żaden Nocny łowca nie oprze się temu specyfikowi. Żył kiedyś ród, ale niestety wymarł. Pierwszy urodził się mężczyzna, ale jak wiadomo przy jego porodzie ktoś porwał pierworodnego, a następnego dnia znaleziono zmasakrowane ciało noworodka płci męskiej. Późniejszymi dziećmi były same dziewczynki. One też nie przeżyły więcej niż kilka dni. Zawsze znajdowano martwe dziecko. Załamani rodzice popełnili samobójstwo po trzecim takim incydencie. Dobrze, teraz wezwiemy posiłki. Ktoś przecież musi pomóc nam w zabraniu tych śpiochów. A, przecież mieliśmy zabrać to stąd. No już pośpiesz się. - I po chwili zagrożenie minęło. Może nie do końca, ale minęło. Clary nie wiedziała co sądzić o tym co usłyszała. Może była jakąś następczynią po tym porwanym chłopcu. Jej mama nie wykazywała tego daru, więc Clary podejrzewała, że ma go po ojcu. Wiedziała także, że jej brat też musiał posiadać ten dar. Dziewczyna usłyszała, jak dwójka faerii wychodzi. Natychmiast pobiegła do swojego pokoju po serafickie ostrze. Tak jak podejrzewała faeri'e zabrały wszystkim domownikom broń. Clary miała jednak ukrytą skrytkę. Nikt prócz niej i Jace'a nie miał o niej żadnego pojęcia. To właśnie w niej gromadzili swoją broń. Wiedzieli, że może kiedyś zajść podobna sytuacja jak teraz, więc woleli być przygotowani. Dziewczyna szybko otwarła szafę i narysowała runę otwierającą. Szybko przypięła do swojego pasa miecz Morgenstern'ów. Zabrała ze sobą również komplet sztyletów, które dostała o Jace'a. Wiedział jak jego dziewczyna dobrze nimi potrafi rzucać do celu. Nałożyła na ramiona łuk i kołczan pełen strzał. Tej sztuki walki uczył jej Alec wraz z Simonem poświęcając na jej treningi kilka godzin dziennie dwa razy w tygodniu. Tak wyposażona nałożyła na siebie jeszcze kilka run i zbiegła do salonu. Miała jeszcze trochę czasu, więc narysowała w powietrzu runę przyzywającą wszystkich Nocnych Łowców i tych, którzy z nimi współpracowali, aby pomogli w walce. Clary właśnie skończyła ją rysować, gdy drzwi z ogromną siłą zostały wyważone z nawiasów. ,,No to zaczyna się zabawa, jak to mawia mój nieobecny chłopak" i po tych słowach pierwszy z faerii przekroczył próg jej domu. - Magnusie, dlaczego nie pamiętam zdarzeń ostatnich godzin? - Zapytał lekko poirytowany Alec. - Tłumaczyłem Ci, żebyś nie ruszał moich rzeczy, bo to się źle skończy, ale ty jak zwykle musiałeś spróbować i stałeś się czarnym jak noc chomikiem o pięknych niebieskich oczach. - Co?! Ja chomikiem?! Przecież to takie upokarzające, gdy Jace i Isabel się dowiedzą, to nie będę miał życia. - Alec'u Lightwood'zie, przyrzekam Ci, że nikt się nie dowie o tej sprawie. - Mój naiwny Magnusie, pamiętaj ja i Jace jesteśmy parabratai. Łączy nas więź, on na pewno wyczuł, że coś jest nie tak. - Na pewno to teraz myśli o Clary. Nie przejmuj się. - Mam nadzieję, a tak na przyszłość mam taką prośbę. Mógłbyś nie zostawiać zaczarowanych rzeczy w salonie? Nie chciałbym kolejny raz stać się jakimś gryzoniem. - To będzie trudne. Zrobiłem to, żeby nikt mnie nie okradł. - To ja Ciebie zaraz okradnę z uczuć. Chcesz bym sobie poszedł i już nigdy nie wrócił? - Nie zrobisz tego. A jeśli spróbujesz, to za kilka dni będziesz stał nad moim grobem. - Magnusie, co ty kombinujesz? - Nic, tylko uprzejmie Cię informuję co może się stać. Przecież wcale nie muszę popełniać samobójstwa, wystarczy tylko, że wyczerpie swoje siły. - Szantażujesz mnie? - Jak bym śmiał. - Nabijasz się ze mnie? Dobrze przegiąłeś. Wychodzę i nie wiem kiedy wrócę. - Alec wstał z kanapy I powędrował w stronę drzwi. - A ja Ci mówię, że nigdzie nie pójdziesz. No chyba, że zemną – Magnus tak ściszył głos, że tylko on siebie słyszał. Zręcznie wstał z kanapy i ruszył w stronę Nocnego Łowcy. Ten zanim się zorientował znajdował się w obręczy ramion czarownika. Chwilę później poczuł nacisk jego ust na swoich. Magnus jak zwykle smakował brokatem oraz błyszczykiem. Szatyn odwzajemnił pocałunek. Teraz stali tak przed drzwiami wyjściowymi. Powoli oderwali się od siebie, ale utrzymywali kontrakt wzrokowy. -Czy pójdziesz ze mną na osiemnastkę Clary? - Zaproponował Magnus, ubiegając myślami Alec'a. - Pomyślmy, zliczając plusy i minusy wychodzi, że raczej powinniśmy się tam pokazać. - Wyjąłeś mi to z ust, a teraz... - Czarownik nie dokończył zdania, gdyż przerwała mu silna fala energii. Nie było to coś normalnego, lecz z przerażeniem stwierdził, że to wołanie o pomoc. - Clary! - Oby dwoje jednocześnie wykrzyczeli to imię. W pośpiechu wybiegli z mieszkania. Mieli bardzo złe przeczucie. W tej chwili mieli przed oczami same najgorsze scenariusze wydarzeń, które zmusiły dziewczynę do wysłania wiadomości. Prolog - Alec'u ile razy powtarzałem, żebyś nie dotykał moich rzeczy. I co ja mam teraz robić z chomikiem, wiem, wiem bardzo słodkim, ale chomikiem. Wiesz ile kosztowała siły moja pomoc wobec Jace'a, o którą zresztą mnie poprosiłeś. Ale to nic, prawda? No choć już, nie bój się. Nic Ci nie zrobię, w przeciwieństwie do prezesa Miau. Ostatnio bardzo nie przepada za nowymi współlokatorami. Nie chcesz wyjść, dobrze zmyję makijaż. - Te słowa ostatecznie zmusiły Alec'a do wyjścia z kryjówki. Ostatnim razem, gdy „zmył” niebiesko-zielony makijaż wyglądał jak poobijane zombie. - I co tak straszna jest moja dłoń. Jest czysta, wydepilowana i woskowana. Lepszych warunków nie posiada żaden chomik jakiego znam. Powinieneś się cieszyć. A może chcesz iść na spacer? Głupie pytanie ty na pewno chcesz iść na spacer. Nie mam niestety smyczy tego rozmiaru. Najwyżej po drodze wpadniemy do sklepu zoologicznego. Dobra, dobra, tylko żartowałem. No to co, idziemy. Muszę jeszcze... - Magnus nie skończył, bo do drzwi jego mieszkania ktoś zapukał. Otworzył drzwi i ujrzał drobną, rudowłosą. - Clary? - Nie Jocelyn. No pewnie, że ja. Mogę wejść? - Proszę. Co Cię do mnie sprowadza? - Zastałam może Alec'a? - Niestety jest zajęty. - A wiesz może kiedy nie będzie zajęty? - Może jutro, a może za kilka dni. Nie wiem. - Och. A tak przy okazji, będę miała rodzeństwo. - To wspaniale. Nie cieszysz się? - Oczywiście, że tak. Zawsze chciałam mieć młodsze rodzeństwo. - Wiesz po tonie twojego głosu wynika co innego. - Nie, to przez obawy mojej matki. - Ona się nie cieszy? - Jest bardzo szczęśliwa, ale obawia się, że zwolennicy Valentine'a i Sebastiana porwą je oraz wyszkolą na nowego dowódce. - Nie maci się czym przejmować, tylko takimi błahostkami? - Magnusie to nie są błahostki, tak samo jak umierająca Maryse. - Po pierwsze wiesz, że zawsze masz ze sobą przyjaciół u wszystkich ras tego świata, którzy nie dopuszczą do czegoś podobnego, a po drugie Maryse nie umiera, tylko straciła dużo krwi po kolejnym powstaniu faerii, ale jest już widoczna poprawa. - Przed kilkoma minutami Isabel mówiła zupełnie co innego. - Wiesz jak działa ognista poczta, prawda? Zanim adresat dostanie swój list wszystko może się wydarzyć. Zarówno dobrego jak i złego. - Szczerze, to spadł mi ogromny głaz z serca. Bałam się, że kolejny świetny Nocny Łowca umiera przed czekającą nas wojną. - Poczekaj, czy ja o czymś nie wiem? Jaka znowu wojna? - Musisz wiedzieć? - Tak muszę. Będę pewny czy wezwać Tessę, czy nie. - Od kilku dni śni mi się jeden taki sam sen. Każdej nocy pojawiają się nowe szczegóły. Jestem w jakimś ciemnym pomieszczeniu, którego mroku moje magiczne światło nie potrafi rozproszyć. Nie boje się jednak, ponieważ jakiś głos woła ciągle moje imię. Nigdy w życiu nie słyszałam go, ale wiedziałam, że jest to bliska mi osoba, która nie pragnie mojej śmierci. Po chwili ten sam głos wypowiada zdanie, które nie wiem czemu urywa. Brzmi ono jakoś tak „Siostro, musisz ratować siebie i jego przed tym co ma się stać, ale pamiętaj jego śmierć oznacza koniec wszelkich nadziei, a i jeszcze pamiętaj jedno ratuj tego co przeznaczenie nie jest jeszcze nikomu znane, ponieważ...” . Później inny, zły głos mówi coś co mnie nadal zastanawia. „Podobno nadzieja umiera ostatnia, ale w tym przypadku umrze jeszcze zanim się narodzi.” Te słowa mówi Dama Jasnego Dworu, po czym się śmieje. Próbuję uciec, ale potykam się o coś i dopiero wtedy rozumiem gdzie jestem. Stoję na polu bitwy, ale po jej zakończeniu. Widzę setki, a nawet tysiące trupów. Potknęłam się o własne ciało. Ja byłam martwa, a przy mnie leżał Jace i rodzice. I znów ten bliski mi głos pojawia się i mówi mi, że wcale to nie musi się stać. Mówi też, że nasza czwórka da radę temu zapobiec, ale muszę ratować, tych których kocham. Wiem, że to jeszcze nie koniec snu, ale się budzę. Jakaś siła odciąga mnie stamtąd, a ja budzę się we własnej sypialni. - Po skończeniu opowiadania snu między dwójką przyjaciół, przez jakiś czas trwała hipnotyzująca cisza. W końcu Magnus ją przerwał. - Sprawy są bardziej skomplikowane, niż sądziłem. - Rozumiesz mój sen? - Nie rozumiem znaczenia słów tej tajemniczej postaci, ale mogę snuć kilka hipotez. Znasz ją, ale nigdy w życiu jej nie widziałaś, ani słyszałaś. To może oznaczać tylko więzy krwi. Może to być twoja siostra, lub brat spłodzony przez twojego ojca. - Mój ojciec nie był z inną kobietą, tak powiedział mojej matce. - Czyli wersja numer dwa. Po powstaniu Valentine został ranny. Jego krew zebrała jakaś kobieta, która skrycie go kochała. Wiem to od Luck'a. A wracając. Kilka miesięcy później urodziła jej się córka, chyba Katherine. Nie zdziwiłbym się, gdyby ta kobieta wypiła krew Valentine'a, przez co macie podobne więzy krwi. Morgenstern'owie i Herondale'owie posiadali zdolność do wyczuwania podobnych więzów. Dlatego nigdy ty i Jace nie wierzyliście, że byliście rodzeństwem. Mówiłaś jednak, że gdy pocałowałaś Sebastiana wiedziałaś, że to jest złe i zakazane. - Sugerujesz, że ja i Katherine jesteśmy siostrami? - Nie dokładnie biologicznymi, ale tak. - Dobra to ja, Jace i Katherine mamy zażegnać wojnę tak. Ale kto jest tym czwartym? - Tego nie wiem. Ale przysięgam jak tu stoję, że nie będę Magnusem Bane'em, jeśli tego nie rozwiążę. - Dzięki za pomoc. Muszę lecieć. Isabel musi dowiedzieć się najnowszych wiadomości. - Do widzenia mój pączusiu. - Jace? - Tak Maryse. To ja. Lepiej się czujesz? - Oprócz tego, że pęka mi głowa, boli mnie całe ciało i mam sucho w gardle to nawet dobrze. - Na dwie pierwsze skargi dużo nie mogę poradzić, ale na tą trzecią mam sposób. Proszę, mam tylko wodę, ale na pewno zadusi pragnienie. - Och jesteś kochany. - Maryse wyciągnęła dłoń po szklankę, którą po chwili opróżniła. Podała puste naczynie chłopakowi. Ten szybko odłożył je na jedną ze szpitalnych szafek. - A tak w ogóle co ty tu robisz? - Mam kilka załatwień. - Nie wgłębiam się, ale to trochę dziwne. - Co jest dziwnego w załatwianiu spraw? - To, że zostawiłeś Clary. - A skąd wiesz, że nie wziąłem jej ze sobą. - Bo by teraz tu stała, a ty byś nie wyglądał na jakiegoś nie obecnego. - To aż tak widać? - Masz różowe poliki i nie obecny wzrok. Tak, to bardzo widać. - Nie ma mnie przy niej w jej urodziny. - To co ty tu jeszcze robisz? - Szykuję prezent i załatwiam pewne sprawy. - Widzę, że własnej, przybranej matce tego nie powiesz. Nie męczę Cię już dłużej. Chcę się przespać. Do widzenia synku. - Dobrych snów mamo. - Jace powoli wstał z krzesła i wyszedł ze szpitala. Poszedł do żelaznych sióstr po nowe ostrza i nie tylko. Gdy już załatwił sprawy z siostrami zostało już tylko czekać. - Cześć, nie przeszkadzam?- spytał siadając koło niej. - Hej. Wiesz, że ty nigdy nie przeszkadzasz. - No tak, to też fakt- powiedział uśmiechając się. Clary pierwszy raz widziała go uśmiechniętego od tamtego zdarzenia nad Jeziorem Tak w ogóle, to chciałem Cię o coś powiedział. -Wal śmiało odpowiedziała spokojnie. - To nasza ostatnia noc w Idrysie, chciałbym ją spędzić z złapał ją za rękę. - Czy ty mówisz ooo...?- zapytała,brakło jej słów. -Nie, nie chodzi mi o to, tylko chcę położyć się przy tobie i jutro obudzić się razem z powiedział łagodnym głosem. -Tak. Jace, wiesz, że Ty zawsze masz pozwolenie?- spytała uśmiechając się krzywo. -Teraz już wiem. A tak w ogóle nie rozmawialiśmy ze sobą powiedział. - Teraz odpowiedziała - Clary? - Tak Jace? - Kocham Cię. powiedział i pocałował ją namiętnie. Nie tak jak zwykle, tylko bardziej odważnie, tak jakby chciał jej coś powiedzieć przez ten pocałunek. - Ja Ciebie też- odpowiedziała między pocałunkami. - Dobra, a teraz chodźmy już spać- powiedział. - Dobra- odpowiedziała. Położył się na wielkim łóżku. Jeszcze chwilę rozmawiali, ale parę minut potem zaś eli przytuleni do siebie. Monika<3 Siedziała pod drzewem, w bujnym sadzie. Słońce przyjemnie grzało skórę na jej policzkach, dłoniach i odsłoniętych ramionach. Spojrzała w dal, aby zobaczyć piękne, rozłożyste drzewa, które ciągnęły się aż do linii horyzontu, wypełniając przestrzeń zielenią swych koron i plamkami ciepłych kolorów, stanowiących ich owoce. Rozkoszny zapach, owionął ją, kiedy powietrzem ruszył drobny, chłodny wiaterek. Było przyjemnie, ale coś w tym miejscu niepokoiło ją. Było zbyt cicho, jakby wszystkie inne żywe istoty nagle zniknęły, nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu wcześniejszej bytności. Było po prostu pusto w tym miejscu, które początkowo wydawało się jej skrawkiem raju. Powoli wstała i zaczęła się rozglądać. Chodziła od drzewa do drzewa, szukając śladów, kto tu był i czy na pewno była tu sama. - Clary... - usłyszała cichy, miękki szept za sobą. Jace poczuł, jak ukochana zaczęła się wiercić. Zerknął na Jocelyn, która siedziała na podłodze koło ich łóżka. Kobieta od razu zrozumiała o co chodzi i przesiadła się na krawędź posłania. Delikatnie dotknęła dłoni córki i zaczęła gładzić ją po niej, jakby przeczuwała, że to, co zobaczyła nie było dobrą wizją. Blondyn zasępił się w duchu. Starał się, aby ta emocja nie wyszła na wierzch, gdyż wiedział, że jeśli zaraz dziewczyna się obudzi i zobaczy jego zmartwienie nikomu nie wyjdzie to na dobre, a zwłaszcza ich dziecku. Rudowłosa w tym czasie głośno sapnęła, po czym powoli otworzyła swoje powieki, a widząc pochyloną nad nią twarz matki i ukochanego, delikatnie się uśmiechnęła. - Wszystko dobrze... - wyszeptała i pogładziła po poliku twarz ukochanego. - Malachi już poszedł? - Nie wiemy... Zasnęłaś, więc przynieśliśmy cię tu i... I czekaliśmy aż się obudzisz, bo to... Znów coś widziałaś? - zapytał wprost, nie wiedząc jak delikatniej wypytać dziewczynę. - To naprawdę nic wielkiego... Nic się nie dzieje. - Clary - mruknęła surowiej Jocelyn. - Nie oszukuj nas... Martwimy się o ciebie... Nie musisz sama znosić nieprzyjemności... - Mamo... To moja... To akurat była moja prywatna sprawa... Moja prywatna rozmowa i nie mogę. Musisz to uszanować, ale spokojnie... To nie było nic bardziej groźnego od... Konsula, który siedział na dole w salonie. - Skoro tak twierdzisz... - zaczęła Jocelyn. - Pójdę na dół zobaczyć, czy Konsul dalej u nas bawi, a ty... Odpocznij. Jesteś w ciąży. - To nie choroba - stwierdziła, kładąc dłoń na brzuchu. - To tylko mała istotka rozwija się we mnie. Jocelyn skomentowała to jedynie uśmiechem, po czym wyszła z pokoju, zostawiając ich samych. Clary przez chwilę gładziła swój brzuch, po czym spojrzała na blondyna. Pół leżał koło niej, obserwując każdy ruch jej ręki i co chwila zerkając na jej twarz, jakby upewniał się, że wszystko jest dobrze. - Jeśli będzie się coś dziać to powiem, nie martw się. Na razie jest wszystko dobrze. - Zawsze będę się martwił... Zwłaszcza, kiedy nagle będziesz zasypiać w moich ramionach i nie reagować - mruknął sucho. - To będzie synek - wyszeptała, patrząc na jego twarz. - Powiedzieli ci? - Tak jakby... Cieszysz się? - Już sama perspektywa tego, że będziemy miel razem dziecko sprawia, że w środku skaczę z radości... - Czemu tylko w środku? - Bo jakbym robił to naprawdę, Magnus myślałby, że coś się ze mną stało, bo 24 godziny na dobę bym szalał ze szczęścia - mruknął i delikatnie ucałował ją w policzek. - Kocham cię... Nawet nie masz pojęcia... Jak bardzo cię kocham... - Chyba mam, bo kocham cię tak samo... Uśmiechnął się, patrząc na jej twarz. Analizował każdy, nawet najmniejszy szczególik, jej twarzy. Podziwiał szmaragdowe oczy, miedziane piegi, bladą cerę i zadarty uroczo nosek. - Będzie bardziej podobny do mnie, czy do ciebie? - Jak byś wolał? - Żeby miał twoje piękne oczy - zaczął, przyciągając ją do siebie. - Uroczo zadarty nosek... - dodał, po czym pocałował płatki jej nosa. - Tak delikatną skórę jak ty... - To chłopiec, więc wolałabym, żeby miał twoją skórę... Piękną, złocistą... Dającą mi poczucie bezpieczeństwa... - Och, moja skóra daje ci poczucie bezpieczeństwa? - Tak, bo jeśli ją czuję na swoim ciele, to znak, że właśnie mnie przytulasz, że jesteś blisko i... I że mogę na ciebie liczyć. - Zawsze możesz na mnie liczyć - mruknął, wtulając twarz w jej rude pukle. - Ostrzegam, że będę chciał drugie dziecko... - Ostrzegam, że będę chciała mieć córeczkę później. - Czyli, że się zgadzasz na wszystko, co chciałem. - Rada Clave, oficjalnie odrzuca propozycję, jaką złożył nam Valentine Morgenstern. Znając tego człowieka oraz sytuację, w jakiej znalazł się Świat Cieni, przystępujemy do omawiania planu działań wojennych, obrony miasta i systemu obronnego Instytutów, które przez ten czas, będą musiały wzmóc środki bezpieczeństwa - powiedziała Jia, przesuwając na pulpicie kolejne strony notatek, schematów, planów i urywków przemówienia oraz gotowe formułki, które miały jej pomóc tym razem zapanować i nad salą wypełnioną Nefilim i nad swoimi emocjami. - Jeśli mogę, pani Inkwizytor - zgłosił się Samuel, wstając z miejsca koło Jocelyn. - Chciałbym omówić jeden aspekt. - Proszę. - Dziękuję. Bracia i siostry Łowcy. Oto stanęliśmy nad przepaścią. W tej chwili my tworzymy nową historię i epokę dla całego Świata Cieni. Przypadło nam żyć w przełomowym okresie naszej ery Świata Cieni. Oczywistym jest, że Valentine Morgenstern to szaleniec, ale szaleniec inteligenty. Uparcie wierzy, że jego teoria i model świata, jaki wyznaje jest koncepcją idealną. Żadne pertraktacje z nim nie niosą korzyści dla nas, czy naszych sojuszników z Podziemia. Oczywiste jest również to, że kroczymy ku wojnie absolutnej. Nie ma mowy na układy, czy traktaty pokojowe. Wygrać możemy albo my, albo on. Musimy więc połączyć siły. Walczyć ramię w ramię z siłami wilkołaków, czarowników, faerie i wampirów o ile się zgodzą. Nie mamy szans, jako jedynie my Nefilim. Jego przewaga liczebna jest za duża. My jednak mamy atuty strategiczne. Po pierwsze i najważniejsze - jeśli będzie chciał, abyśmy upadli przed nim na kolana, a później nas wybić uderzy w centrum, czyli w nasze Miasto Szkła. Musimy się przede wszystkim skupić na obronie naszego przybytku rodowitego. Idris to jedyne miejsce, w którym ta wojna będzie się rozgrywać, bo jak wiemy, Valentine chce panować, a tylko tu, jest centrum naszej władzy. Po drugie - tu są obecnie jego była rodzina. Żona, córka, syn, były parabatai i Jace Herondale, który jest, tak jak i jego dzieci, eksperymentem. Musimy ich chronić, bo jak każdy z nas wie, obdarzeni są niezwykłą mocą, zwłaszcza córka, która nosi pod sercem przedstawiciela nowego pokolenia. Cała ich trójka jest niezwykle silna, powiedziałbym, że nawet i potężna. - Clarissa jest przecież kaleka - mruknął ktoś z tłumu, ale wystarczająco głośno, że obiegło to całą salę. - Kaleka... Jest chroma przez ojca, ale to nie umniejsza jej siły. Potrafiła powalić i sprawić, że u jej stóp padła dwójka świetnie wyszkolonych Łowców, będąc sama. Jej moc w kilka godzin uleczyła córkę Inkwizytorki, Aline, podczas, gdy Cisi Bracia rozkładali ręce. Hardo stawiła czoło ojcu i nawet w obliczu śmierci przez uduszenie nie wyjawiła, gdzie ukryła młodego Ligtwooda. Jej siła nie jest siłą banalną, prostą, fizyczną. Nie jest atrybutem, który ma jedynie cechy prymitywnej siły. Ma moc, dar, potęgę. Namiastkę siły anielskiej. To, czym włada przyćmiewa wszystko, co znamy. Na w sobie płomień. Ogień życia, witalności, czyste światło. - O czym ty mówisz Samuelu? Jakie światło, jaki dar? - Niebiański ogień - powiedział Magnus, uśmiechając się chytrze. - Ma w sobie płomień aniołów. Potrafi spalić demony pstryknięciem palca, a ja i obecna tu Tessa Herondale podejrzewamy, że dziecko, które w sobie nosi, może przejąć od niej ten dar. Dlatego, nie możemy pozwolić, aby trafił on w ręce Morgensterna. - To bluźnierstwo. Niemożliwe, aby... - Możliwe - przerwała spokojnie Jia. - Gdyby jej stan pozwalał na prezentację zobaczylibyście, ale nie może się wysilać. Badania, jakie przeprowadzili Cisi Bracia, aby ocenić jej stan fizyczny potwierdzają to. Jest jedną z najsilniejszych z nas, o ile nie najsilniejszą, wliczając możliwości jej brata i partnera. - Dlatego, współbracia proponuje, abyśmy zamiast zajmować sobie myśli oddaniem Valentine'owi tak wielkiej potęgi i skazali siebie oraz naszych sojuszników na pewną zagładę, zaczęli myśleć, jak mając takie atuty wygrać. Opadł na kanapę. Jace i Clary siedzieli na piętrze, tak jak i Max, który odkąd dostał od "wujka Magnusa" kolejna serię mangi zaszył się w pokoju i nie było możliwości, aby oderwać go od komiksów. Spojrzał w sufit i pomyślał, że to nawet dobrze. Przynajmniej jego młodszy brat, nie wiedział, co tak naprawdę dzieje się wokół niego, a działo się. Właśnie teraz jego ukochany, Jocelyn, Luke, ojciec i matka byli na kolejnym spotkaniu Rady i omawiali jaką taktykę przyjąć w razie ataku Morgensterna. On, Jonathan i Izzy mieli zostać w rezydencji. Nie można było teraz pozwolić na to, co omal nie stało się w Nowym Yorku - aby Valentine dostał w swoje łapska Clary. To mogłoby teraz oznaczać koniec, ich największą przegraną, porażkę. Mimo tego oraz faktu, że wiedział, że Jace i Jonathan teoretycznie również nie powinni się wychylać, a więc jest tu z Izzy aby ich wszystkich ubezpieczać atmosfera snu i spokoju, jaka ogarnęła dom, sprawiała, że niewymownie nudził się siedząc w salonie i uporczywie myśląc, co mówi Magnus i jak radzi sobie w sali wypełnionej prawie w całości niezbyt przychylnymi Łowcami. Nie umiał nic zrobić z faktem, że jego myśli same biegły w kierunku czarownika o kocich oczach. Mężczyzna zawładnął jego myślami, sercem i całym jestestwem, które był gotowy poświęcić, gdyby tego Bane wyraził na to chęć. Wystarczyło skinięcie palcem, a rzuciłby się w ogień, w imię miłości do niego. Natarczywe pukanie ożywiło go nagle. Zerknął na schody na piętro. Z kondygnacji dobiegło go skrzypnięcie drzwi. Jonathan zaczął nasłuchiwać co działo się na parterze. Alec wstał z kanapy i chwycił kindżał, który leżał na stoliku w przedpokoju, specjalnie przygotowany na wizytę nieproszonych gości. Podszedł do drzwi. Pukanie rozległo się znów. Spojrzał za siebie. Na schodach był zamiast spodziewanego Jonathana Jace. Z dwoma serafickimi ostrzami. Podchodził powoli do niego, nie chcąc wydać zbędnego dźwięku. Skinęli sobie. Zanim pukanie rozległoby się znowu, szatyn szybko otworzył drzwi. W wejściu stanął zabiedzony, odziany w zniszczone łachmany mężczyzna. Na twarzy miał siwy zarost, a włosy, tłuste i już rzadkie opadały na czoło. Długie, chude palce wyciągnięte były w stronę drzwi w geście, który jasno dał im do zrozumienia, że właśnie miał znów zacząć pukać. Jace'owi upadły oba miecze. Brzdęk stali rozniósł się po całym domu, jak jakiś obcy, niechciany dźwięk. - Ty... - warknął i rzucił się do gardła mężczyzny. Alec stał jak wryty patrząc, jak jego parabatai rzuca się niczym kot na przybysza, powala na ziemię - co niespodziewany gość skomentował głuchym jękiem - i obezwładnia, powodując, że tamten nie miał jakiejkolwiek możliwości ruchu. - Jak śmiesz się tu pokazywać? Po tym jak sprzedałeś Maxa i moją Clary Valentine'owi? Po tym, jak prawie udusił ją i próbował porwać? Po tym wszystkim masz czelność pukać do tych drzwi? - Jace, nie... Nie zachowuj się jak... Jak Morgenstern... Jace, udusisz go! - krzyknął w końcu Alec, widząc, jak jego były nauczyciel nie może wziąć oddechu, gdyż blondyn siedział na jego klatce piersiowej. - Przynajmniej poczuł to, co Clary... W przybliżeniu - warknął, schodząc z Hogde'a, jednak dalej trzymał jego nadgarstki, nawet lekko je wykręcając, jakby nie chciał, aby były nauczyciel próbował sztuczek. - A teraz... - Jace, Alec, co się tu u diabła... - zaczął Jonathan, zbiegając ze schodów ze swoją bronią. Zobaczywszy rozgrywającą się scenę sam upuścił swoją broń. Zacisnął pięści, tak mocno, że kostki mu zbielały, a oczy stały się czarne. Jace, Alec i Hogde, otworzyli usta ze zdziwienia, kiedy ujrzeli idealnie czarne przestrzenie w oczodołach młodzika. Jace przełknął ślinę. Już raz to widział i to z bliska. Kiedy na Dworze faerii zasłonił go przed ciosem i obudził się w nim demon. Teraz, kiedy znów to zobaczył nie wiedział, co zrobić. Nie było tu Jocelyn, która znów przemówiłaby do jego rozsądku. Wszyscy zastygli w bezruchu. Nagle, jego oczy znów wróciły do normy. Rozluźnił pięści. Podszedł do nich, pociągnął Jace'a, trzymającego Hogde'a do holu i wyjrzał na dwór. Rozejrzał się i zamknął z hukiem drzwi. - Weźcie go do salonu - mruknął ochryple. - Alec, weź jakąś butelkę wody i przynieść... Od razu jakiś chleb, czy coś... On tu zaraz zemdleje, a ja chciałbym jednak posłuchać, po co tu przylazł... Jace, nie zabij go... - kontynuował, jakby wcale przed chwilą, nie walczył ze sobą, aby zabić mężczyznę. - Iz! - krzyknął już donośnie swoim czystym głosem. - Przygotuj Clary! Mamy gościa! - krzyczał, wbiegając po schodach. - Nie zabij go tylko - mruknął jeszcze raz do blondyna i zniknął na piętrze. Dziś piątek i mam dla was dwie wieści. Pierwsza. Jestem pewna tego, że ten post przyprawi was o nie małe zdziwienie ( lekko mówiąc...) T aaa, ta moja kochana wyobraźnia.... Druga. Jeśli pod tym postem pojawi się 14 komentarzy ( wiem jestem wymagająca, ale wiem, że na pewno będzie więcej) jeszcze dziś dodam kolejną część opowiadania. Komentujcie. Miłego czytania. Will po kilku dniach opuścił salę chorych. Zmarniał. Był markotny i małomówny. Nie chciał z nikim rozmawiać. Zamykał się w swoim świecie i szkicował. Nikomu jednak nie pozwalał choćby spojrzeć na owe szkice. Mało jadł. Stawał się cieniem samego siebie. Zaczynały mu wystawać kości biodrowe. Dzień w dzień pytał się czy coś wiadomo na temat Katariny. Gdy nikt nie odpowiadał mruczał pod nosem "Dlaczego mnie nie zabiła ? To gorsze niż niełaska Michała." Nie lepiej miewali się państwo Dovebay. Katarina była ich jedynym dzieckiem. Oni jednak pisali cały czas z Clave i szukali córki. Dnie spędzali w bibliotece szukając sposobu na ocalenie córki. Pewnego dnia wszyscy siedzieli w bibliotece, gdy na środku pokoju pojawiła się łuna światła. Zapach czystego powietrza lasu wypełnił pomieszczenie. Po chwili światło zniknęło, ale na środku pokoju stał Jonathan - brat Clary. - Williamie Luke Herondale. Jesteś idiotą ! - powiedział na wstępie widząc siostrzeńca - Myślisz, że tego nie wiem ? Straciłem Katarinę. - mruknął nie wzruszony słowami wuja - Jeśli nie weźmiesz się w garść możesz stracić również dziecko. - wypalił białowłosy podchodząc do siedzącego na fotelu Willa - Co ? Dziecko ? Jakie dziecko ? - zapytała Clary patrząc na swojego brata - Przecież wiesz jak tworzy się dzieci. - mruknął rzucając jej szybkie spojrzeniem - Will i Kati się zabawili i przez to mała jest teraz w ciąży. Sama o tym nie wie, ale Lilith wie. Dlatego jeszcze żyje, ale krew Lilith może jej zaszkodzić, a na pewno zaszkodzi dziecku. Stanie się drugim Sebastianem Morgensternem, jeśli nie odbijemy Katariny. Will rozumiesz ? Możesz stracić i ukochaną, i swoje własne dziecko. - Jonathan lekko nim potrząsnął - Jak mamy ją znaleźć ? - zapytał i zamknął szkicownik - Od tego tu jestem, ale trzeba się pośpieszyć. - Co mi zrobiłaś ? - zapytała Katarina, gdy do jej pokoju - celi weszła Lilith - Nie rozumiem pytania. - odparła obojętnie demonica. - Moja miesiączka. Spóźnia się. To już trzy tygodnie. Co mi zrobiłaś ? - powtórzyła pytania - Ja nic, ale twój ukochany Will tak. - uśmiechnęła się i spojrzała na nią - Zrobił ci dziecko. Jesteś w ciąży moja droga. Tylko dlatego żyjesz. - Co zmienia moja... Mój stan. - do Katariny nie dotarło to, że jest w ciąży mając niespełna 17 lat. - Dużo zmienia. Nie zadawaj więcej pytań. - powiedziała zostawiając ją samą Nicole siedziała patrząc w okno. Zastanawiała się czemu jej mata tak dba o Katarinę, którą przecież obiecała jej zabić. Od kilku dni obserwowała również, że Lilith dodawała do jedzenia młodej Dovebay swoją krew pod różnymi postaciami. Jej natomiast przestała ją podawać, przez co Nicole czuła się znów opuszczona i osamotniona. Następnego dnia postanowiła coś z tym zrobić. Gdy Lilith szła do pokoju Katariny z tacą z obiadem Nicole zaszłą jej drogę. - Daj mamo. Ja jej to zaniosę. Nie można w końcu pozwolić jej na myślenie, że sama matka wszystkich demonów jej usługuje. Odpocznij lub zaplanuj kolejne kroki naszego planu. Ja jej to zaniosę. - powiedziała starając się brzmieć przekonująco - Dobrze, masz. Nie dręcz jej tylko. Stała się bardzo cenna dla mnie. - powiedziała i odeszła do swojego pokoju Nicole wzięła tacę i sprytnie ją podmieniła. Po czym schowała posiłek zawierający krew Lilith dla siebie dając jej zwykły bez żadnych dodatków posiłek. Weszła do pokoju i bez słowa postawiła obiad na stole. Nie odezwała się ani słowem. Wyszła z pokoju i szybko pobiegła do siebie. Posiliła się posiłkiem zawierającym krew Lilith i uśmiechnęła się czując działanie krwi demona. - Dobra, ogarniam sytuację. - mruknął Jonathan i przekrzywił głowę patrząc na mapy Wenecji - Demony pewnie były z Edomu. Trzeba poruszyć piekło. - mruknął i spojrzał na Magnusa - Nie będę prosił o pomoc mojego ojca. - odmówił Magnus i założył ręce na piersi - A kto powiedział, że ty ? - zapytał Jonathan i uśmiechnął się - Ja to zrobię, ale wiesz, mnie Asmi nie posłucha i nie przyjdzie. - Asmi ? Nazywasz Wielkiego Demona skrótem jego imienia ? Znów zgubiłeś rozsądek ? - zapytał Richard mierzą wzrokiem brata - Uspokój się. Stary demon nie zrobi mi krzywdy. - białowłosy machnął ręką - Nie utrzymam go w panowaniu. Wyrwie mi się. Może być nie przyjemnie. - zauważył posępnie Magnus - Jak mnie tknie będzie się zbierał przez wieki. - Jonathan odchylił kołnierz koszuli od szyi i pokazał znak Kaina w miejscu łączenia szyi z karkiem. - Widzisz ? Nic mi nie będzie. Uspokojone moje rodzeństwo ? - zapytał i z miłością spojrzał na swoją siostrę. Clary siedziała na kolanach swojego męża w fotelu i patrzyła na brata. Gdy na nią spojrzał wstała i przytuliła go mocno chowając twarz w zagłębieniu jego szyi. Wszyscy zdumieli się jej reakcją. Wszyscy prócz Jace'a, Jonathana i Richarda. Starszy brat otulił ją ramionami i pocałował ją w czubek głowy. - Hej malutka. Wszystko będzie dobrze. - powiedział kojącym głosem - Asmodeusz będzie chciał coś na wymianę. Co mu dasz ? - zapytała patrząc na niego - Wspomnienie, o którym chciałbym zapomnieć, ale nie mogę. Ono bardzo mnie boli, ale z drugiej strony tamtego mnie napawało dumą, szczęściem. Jest dość mocne by je chciał. - Co do za wspomnienie ? - zapytał Richard - To... to kilka wspomnień. Trzy najgorsze moje zabójstwa. - mruknął i spuścił oczy - Hogde, Amatis i... Maks. - Chcesz zapomnieć o moim bracie ? - zapytała Izzy czując się jakby nigdy go nie miała w obecnym momencie - Chce zapomnieć to co czułem, gdy to robiłem. Świadomość tego zawsze będzie ze mną. Mam dość piękne ślady, które mi o tym wspominają. - mruknął posępnie i wskazał swoje plecy - Dobrze, a jeśli mu to nie wystarczy ? Jeśli będzie chciał coś z pozytywnych wspomnień ? - zapytał Simon - No cóż kilka dni z mojej kuracji może odejść w zapomnienie. Zwłaszcza setne słuchanie o Bambim. - potrząsnął głową i uśmiechnął się lekko - Nie wnikajmy. - podsumował Maks i spojrzał na wuja Magnusa - Wezwiesz go? - Tu i teraz ? - zapytał czarownik - Nie. Chodźmy do Sanktuarium. - rzucił Henry Sanktuarium w Instytucie weneckim było to prostokątne pomieszczenie. Marmurowe ściany i drewniana podłoga były dość chłodne. Pod ścianą stał prosty drewniany stół i krzesła. Na nim leżały jakieś księgi, zapewne z nazwiskami Podziemnych, których warto znać i różnymi kontaktami, wieczne pióra i czyste kartki papieru. Źródłem światła były zapalone świece. - Dobrze. Mam nadzieje, że wiesz co robisz. - odparł Magnus i wyszedł na przód. Złożył ręce jak do modlitwy. - Ojcze mój. Ojcze mój który jesteś w piekle, niech się nie świeci imię twoje. Przyjdź królestwo twoje, bądź wola twoja, jako w piekle tak i w Edomie. Nie odpuszczaj mi grzechów, bo w tym ogniu ogni nie będzie miłosierdzia, ni współczucia, ni odkupienia. Ojcze mój, który toczysz wojnę na wyżynach i nizinach, przybądź do mnie teraz. Wzywam cię jako twój syn i biorę na siebie odpowiedzialność za to wezwanie. Pod ścianą Sanktuarium przesuwał się cień. Wyłoniła się z niego postać. Taka sama jak wtedy w piekle : blada jak śmierć, w białym garniturze. Spinki do mankietów tym razem były jednak w kształcie głów kozła. Twarz nie zmieniła się - dalej wyglądała jakby na kości naciągnięto mocno bladą skórę. - Kiedyś w Edomie, mówiłeś, że się nie spotkamy już więcej. No cóż, kiedy dowiedziałem się, że Michał odebrał mi twoją duszę po śmierci pomyślałem, że tak może faktycznie się stać, a tu nie. - powiedział i spojrzał władczo na Magnusa - Również nie jestem z tego faktu zadowolony. - odparł Magnus - A ja jestem właśnie zadowolony. - przerwał mu Asmodeusz - Przepraszam, że się wtrącę, ale to ja mam do ciebie interes. - przerwał Jonathan i stanął krok przed Magnusem - Magnus tylko cię przywołał dla mnie. - Potomek Fairchildów. Dawny synalek Lilith. Proszę, proszę. A cóż to za "interes" masz ze mną. - Lilith i ty jesteście panami Edomu. Chce być odciął ją od zasobu demonów. Dam ci w zamian wspomnienia. I jeszcze jedno. Powiedz gdzie jest, bo inaczej historia się powtórzy. - Grozisz mi ? - zapytał pewny siebie demon - Lilith porwała Nocną Łowczynię, która jest brzemienna. Karmi ją swoją krwią pewnie. Będzie drugi Sebastian. Znów Edom może zostać zniszczony z mieszkańców. - Faktycznie. Gdy stało się to za pierwszym razem bardzo mnie to zdenerwowało... Dobrze. Powiem gdzie się ukrywa. Ale najpierw wspomnienia. Jakie chcesz mi oddać ? - Pełne bólu o jakim nie śniłeś. - odparł hardo Jonathan - Doprawdy ? Więc pokaż. - demon wyciągnął rękę do Jonathana. Gdy ją ujął poczuł, że te trzy wspomnienia, o których chciał zapomnieć stają mu przed oczami. Poczuł ból w głowie. Krzyknął z bólu. Po chwili nie pamiętał o czym tak właściwie chciał zapomnieć. Demon puścił go z uśmiechem. - Faktycznie. Przepełnione bólem aż wykręca. - mruknął i zaśmiał się gorzko - Powiesz gdzie jest Lilith teraz ? - zapytał Magnus podchodząc do zmieszanego Jonathana - Oczywiście. Proszę. - podał mu coś. Jak się okazało było to małe czarne pudełeczko. - W środku jest proch. Gdy go wsypiecie do ognia i zaznaczam zwykłego ognia, przeniesie was do jej obecnej kryjówki. Co do sprawy demonów, wzięła już kilkanaście tysięcy ich. W Edomie pozostała jedna trzecia całkowitych sił. Nie dostanie ich. - przerwał i zaczął oglądać swoje paznokcie - Mam również i do was prośbę. Odeślijcie ile się da demonów do Edomu. Nie mam ochoty na kolejne odnawianie liczebności demonów. - A co jeśli nie odeślemy ich, a spalimy w niebiańskim ogniu ? - zapytała Clary beztrosko bawiąc się zabezpieczonym Michałem - No to przepadną. - Asmodeusz rozpostarł ręce i uśmiechnął się, gdy wszyscy nagle napięli mięśnie gotowi do walki - Nie chcę walczyć. Po prostu was żegnam. - i zniknął - A więc mamy coś co pomoże odbić moją kochaną Katarinę. - rzucił Will - Z którą uprawiałeś seks i z którą masz dziecko. - dodała Daphne - Gdyby nie nasza obecna sytuacja miałbyś kłopoty młodzieńcze. - Nie spodziewałem się niczego innego. - mruknął Will nieobecnie - No i chyba pani nie myśli, że nie wezmę odpowiedzialności za to dziecko ? W dodatku za niecałe pół roku będę dorosły w sensie prawnym. - Szkoda, że tylko w prawnym. - mruknął Josh - Szkoda, że nie znasz prawa. - odciął się Will - Skoro będę dorosły i będę ojcem dziecka Clave nie będzie mogło go zabrać Kati, jeśli będzie je chciała. Jeśli i mnie i dziecko odprawi to mam nadzieję, że rodzinka mi pomoże. - Jak pomoże ? - zapytał Magnus - Myślisz, że zostawiłbym własne dziecko ? - zapytał i wyszedł z Sanktuarium zostawiając ich samych - Może jednak jest bardziej dorosły niż myślałaś Daphne. - rzucił Jace i uśmiechnął się do żony Will poszedł do pokoju. Z szafy wyciągnął strój bojowy. Zrobił dokładne oględziny stroju. Sprawdzał wszelkie sprzączki, klamry, suwaki i inne metalowe zapięcia oraz wszelkie części, które mogły zostać uszkodzone. Właśnie czyścił zapinkę, która była pochlapana krwią, gdy do jego pokoju zapukał ktoś. - Proszę. - powiedział nie odrywając się od zapięcia - Will, synu. - usłyszał głos matki. Nie podniósł na nią wzroku. - Wiem, że ci ciężko. Katarina została porwana pięć tygodni temu. Nie wiadomo co Lilith jej zrobiła. Jej i dziecku. Waszemu dziecku. - dodała po chwili i usiadła koło niego. - Zdecydowaliśmy, że jutro wypróbujemy ten proszek, a więc i zaatakujemy Lilith. Clave wie o tym przedsięwzięciu. Wie też o sytuacji Katariny i zgodzili się, byśmy sami się nią zajęli. W razie czego Cisi Bracia nam pomogą, ale... - Clary zawiesiła głos co spowodowało, że Will na nią spojrzał - Ja i twój ojciec jesteśmy zgodni, że ty i Katarina jak na razie po tej akcji, wiec gdy ją odbijemy nie bierzecie udziału w walkach. - Co ?! Mamo, ja mogę walczyć! - rzucił Will i raptownie wstał - Will tu chodzi o tę dziewczynę. Zabierzesz ją do Miasta na oględziny. Musimy wiedzieć, czy z dzieckiem wszystko w porządku. Jeśli Lilith podała twojej ukochanej krew demona ona i dziecko mogli odnieść poważne skutki tego. Twoje dziecko może być nawet pół demonem, przez co Clave każe je pewnie zabić, ze strachu przed kolejnym potworem jakim był Sebastian Morgenstern. - Nie pozwolę im zabić mojego i Katariny dziecka. - wymruczał - Więc pojedziesz z nią do Miasta i w razie czego poprosisz Ojca o pomoc. - Clary położyła swoją dłoń na jego ramieniu i mocno ucisnęła. - Dobrze. - powiedział po chwili ciszy - Muszę się przygotować do jutrzejszego ratunku. Katarina całe dnie leżała na łóżku. Była niezwykle senna przez pierwsze dni. Po chyba trzecim tygodniu znacznie się jej polepszyło. Całe dnie rozmyślała o tym co właśnie robi Will. Tęskniła za nim. Potęgowało to jeszcze jej stan - ciąża. Była już w piątym tygodniu ciąży. Czasami stawała przed lustrem i patrzyła na swój brzuch gdzie rozwijało się dziecko jej ukochanego. Martwiła się, że Will wiedząc, że jest z ciężarną dziewczyną porzuci ją. Zostawi z dzieckiem, które Clave będzie mogło jej odebrać, bo sama w świetle prawa jeszcze była dzieckiem. Choć też myślała, że demonica odbierze jej dziecko i już nigdy go zobaczy gdy się urodzi a Will nie zdąży jej znaleźć. Z każdym dniem miała coraz mniejszą nadzieję, ale ten płomyk dalej płoną i wyczekiwał złotowłosego chłopca o pięknych chabrowych oczach. - Wszyscy gotowi ? - zapytała Clary. Mieli właśnie iść na misję ratunkową Katariny. Uzbrojeni najlepiej jak się dało podzielili się na dwie grupy. Ona, Jace, Jonathan, Alec, Magnus, państwo Dovebay, Will i Richard mieli iść na spotkanie Lilith. Reszta a więc Izzy, Simon, Sebastian, Maks, Marion, James i Josh mieli zostać w Instytucie na wszelki wypadek ataku ze strony Lilith. - Tak. - potwierdził Will dotykając przypiętego do pasa Gabriela - Powtórzmy plan dla pewności. - rzucił Jace. - A więc wchodzimy do paszczy lwa, a więc do kryjówki Lilith. Potem rozdzielamy się i przeszukujemy w poszukiwaniu Katariny. Ten kto ją znajdzie kontaktuje się z resztą przy pomocy magicznego światła lub run albo po prostu krzyknie. Zbieramy się i Clary nas przenosi tu. Jakby były jakieś problemy to ja, Clary lub Jonathan przejmujemy dowodzenie. - A to niby czemu ? - zapytał Henry - To moja córka. - I właśnie dlatego. Nie możemy pozwolić by emocje przysłoniły nam racjonalne myślenie. Ja przeżywałem to wiele razy i wiem co mówię. - tu spojrzał na swoją żonę, która dmuchnęła na kosmyk rudych włosów omijając go wzrokiem. "Jaka ona czasem jest nie poważna."pomyślał i uśmiechnął się. "To w niej kocham chyba najbardziej. Nic się nie zmienia przez te lata." - No więc Magnusie zaczynaj. Czarownik odpalił świecę. Wziął czarne pudełko z proszkiem od Asmodeusza i postukał w nie. - Radziłbym, aby osoby nie związane z tym ryzykownym wyjazdem się odsunęły na pewną odległość. Nie mam pojęcia jak to ma działać. - mruknął i patrzył jak grupa, która miała zostać odsunęła się znacznie. Westchnął ciężko. Wziął na rękę odrobinę pyłu i rzucił ją w ogień. Spaliła się bezsilnie. - Wsyp całość. - mruknęła Clary - Asmodeusz pewnie nie dał nam proszku, który by nas wiecznie przenosił do Lilith. Magnus z obojętnością wysypał całą zawartość czarnego pudełka do ognia świecy. Mgła ich otoczyła. Przenosili się. Clary poczuła podłogę z drewna pod stopami. Pewnie stanęła i się rozejrzała. Jace i Jonathan pewnie stali koło siebie. Reszta zbierała się z ziemi. Clary zobaczyła półki z książkami. Kanapę i stolik kawowy. Nieco dalej był aneks kuchenny. Nigdzie nie wdziała drzwi, tylko kręcone schody na górę. Dostała silnej migreny. - Tu na pewno jest Lilith. Albo była bardzo niedawno. - mruknął Jonathan. Złapał się karku i wykonał ruch jakby go rozluźniał. - Runa ? - zapytała Clary widząc jak Will również rozciąga mięśnie karku i szyi, a Richard krąży głową, by rozluźnić szyję. - Boli cię głowa. - mruknął jej straszy brat - Will, ty i Richard ze mną na górę. Wy sprawdzicie dół. - Nie ma mowy. - mruknął Alec - Idę z wami. Nie pozwolę na odcięcie od pleców. - stanął koło kręconych schodów - Szybko na górę. Will nie potrzebował dalszej zachęty. Wbiegł po schodach. Słyszał za sobą swoje wujostwo więc pewnie wszedł na piętro. Składało się ono z korytarza i kilku drzwi. Stąpał cicho. Po chwili reszta dobiegła. Właśnie w tej chwili otworzyły się drzwi i zobaczył Nicole. Była zdziwiona, blada i miała czarne oczy, jeszcze czarniejsze niż kiedy widział ją ostatnio. Zdziwiła się ich widząc i szybko wyjęła zza pasa miecz. Przyjęła postawę i uśmiechnęła się do nich złowieszczo. - Nie wiem jak nas znalazłeś, ale pożałujesz wejścia na teren Lilith. - powiedziała - Gdzie Katarina ? Jak szybko odpowiesz to szybko umrzesz. - warknął blondyn wyciągając zwykły miecz, aby nie wydać swojej nowej broni - Nie powiem. A może jej tu nie ma ? Może jest już dawno w piachu ? Albo w morzu ? Albo zwierzęta właśnie obgryzają jej kości ? Albo się gdzieś wykrwawia na śmierć ? Lub... - Will natarł na szatynkę. Zaatakował szybko i mocno. Nicole odskoczyła i go zaatakowała. Will zrobił blok i poczuł, jak jego wuj Jonathan ciągnie go do tyłu. - Może ze mną powalczysz małoletnia szmato Lilith ? - zapytał ze złośliwym uśmiechem i zaatakował ją, ale nie tak łatwo jak mogło by się zdawać. Zranił ją w nadgarstek sprawiając, że zasyczała z bólu. Powalił ją szybkim ruchem. Wykorzystał tę chwilę i spojrzał na Willa. - Szukaj Katariny. Alec idź z nim. Richard zabawimy się. - mruknął i podszedł do Nicole. Za pomocą czubka miecza podniósł jej podbródek. - Gdzie jest Katarina Dovebay ? - zapytał twardo - Nic nie powiem. - mruknęła dziewczyna - Gdy wróci Lilith was pozabija. - mruknęła i rzuciła szybko sztyletem w Jonathana Uchylił się, ale również ją puścił. - Szukaj jej. My się nią zajmiemy. - rzucił Richard i stanął koło Jonathana - No braciszku, w końcu mamy zabawkę. - zaśmiał się białowłosy i natarł na szatynkę Will pobiegł do pierwszych drzwi i je otworzył - w pokoju nie było Katariny. Nie patrząc dalej na pokój przeszedł do drugiego. Również był pusty. - Kati ! - krzyknął i z hukiem zamknął drzwi. Jak zauważył zamknięte drzwi otworzyły się, gdyż zawias puścił. Katarina usłyszała, że coś się działo na korytarzu. Wstała z łóżka i nasłuchiwała. Usłyszała zaskoczony głos Nicole. Potem głos jej anioła. Serce jej zamarło. Usiadła koło ściany przy zamkniętych drzwiach. "Jest." pomyślała. Usłyszała zgrzyt metalu - walczyli. Potem nie znany jej głos, którego się przestraszyła, gdyż brzmiał zimno i obco. Otwierane drzwi. Potem kolejne i huk. Zlękła się. Usłyszała jak ją zawołał. Will ją wołał. Jej anioł jej szukał. Uderzyła pięścią w drzwi. - Will ! - krzyknęła Usłyszał ją. Jej krzyk. Dobiegał z końca korytarza. Pobiegł do ostatnich drzwi. - Kati ? - spytał nie wierząc swoim uszom. - Jestem tu kochany. Drzwi są zamknięte. Nie mogę ich otworzyć. - usłyszał ją - Odsuń się. Otworze je. - wyszeptał i przyklęknął przy drzwiach ze stelą - Znalazłeś ją ? - zapytał Alec patrząc na walkę Jonathana i Richarda przeciw Nicole - Tak. Za minutę. - mruknął i skończył runę otwarcia. Zamek poruszył się. Usłyszał trzask. Przekręcił gałkę od drzwi. Katarina siedziała na podłodze koło drzwi. Serce jej waliło jak młotem. Usłyszała jak poruszył się mechanizm zamka. Serce jej stanęło, gdy gałka się poruszyła. Podniosła wzrok i zobaczyła Willa. Był chudszy niż pamiętała. Twarz zmarniała. Poczuła ukłucie w sercu. - Kati ? - zapytał miękko i padł koło niej na kolana - Kati, czy to na prawdę ty ? Will wszedł i zobaczył skuloną koło ściany ukochaną. Poniosła na niego wystraszone oczy. Była blada. Wystraszona. Padł koło niej na kolana i zapytał. - Kati, czy to na prawdę ty ? Dziewczyna pokiwała głową. Po jej policzku spłynęły łzy. Will gwałtownie przytulił ją do siebie. Wtulił ją w siebie. Otulił ramionami. Pocałował w głowę. Poczuł na policzkach łzy. - Już kochanie. Wszystko co złe się skończyło. Jestem tu. Będę koło ciebie już na zawsze. Spokojnie. - poczuł ja dziewczyna gwałtownie zaczynał płakać wtulając się w niego - Will, ja muszę ci coś powiedzieć. - wyszeptała i odsunęła się kilka centymetrów od niego - Will ja jestem w ciąży. - wydukała w końcu Spodziewała się, że Will puści ją i powie, że to koniec. Tymczasem wstał podnosząc ją delikatnie i przytulił do swojej piersi. - Wiem. - powiedział już bardziej opanowany - Wiem i to nie zmienia, że cię kocham, chyba że ty już nie chcesz być ze mną... - mruknął gdy ona przytuliła się do niego i pocałowała w kącik ust - Kocham cię. - wyszeptała gdy łzy przecięły jej policzki - No paro zakochanych na dół, bo jak Lilith faktycznie wróci... - Ludzie szybciej. Lilith jest w budynku ! - krzyknął z dołu Magnus - Prorok. - rzucił Alec i rozłożył ręce, gdy o ścianę koło drzwi uderzyła zakrwawiona Nicole. Zostawiła na ścianie plamę krwi i zsunęła się bezwładnie na podłogę. Uniosła się. Była na czworaka bez broni. Splunęła krwią. Miała wiele ran w tym rozcięcie na czole, które zalewało jej oczy krwią. - Pożałujecie teraz, że tu przyszliście. - mruknęła i uśmiechnęła się - Nie. - rzucił chłodno Will - Wuju weź Kati. - powiedział delikatnie przekazując dziewczynę w jego ramiona - Wybacz Nicole. - mruknął i wyjął Gabriela. - Gabriel. - szepnął. Ogień zapłonął. Podszedł z ostrzem do Nicole. - I co zabijesz mnie ? Jestem Mroczną. Mnie nie da się zabić. Patrz. - podniosła dłoń. Jej rany się goiły. - A ja potomkiem Archanioła Michała. - rzucił Will i podniósł miecz. Przebił nim Nicole. Dziewczyna uśmiechnęła się po czym z rany trysnął niebiański ogień. Krzyknęła z bólu i opadła na podłogę. Will wyciągnął miecz. Ogień, niebiański ogień ją zabił. Bezwładnie leżała na ziemi. Kałuża krwi zaplamiła dywan. - Will... - szepnęła Katarina patrząc na ciało Nicole - "Nie masz, nie masz nadzieje." - mruknął Will cytując Kochanowskiego - Nie da się odwrócić tego procesu. Skróciłem jej męczarnie, prawda ? - zapytał - Tak. - odpowiedział Alec i skierował się ostrożnie do schodów idąc na końcu Will szedł z przodu. Zobaczył cała scenę. Lilith stała przy ścianie. Koło niej był demoniczny pies. Magnus stał przy schodach. Państwo Dovebay spojrzeli w górę na córkę. Wyciągnęli broń i wbili wzrok w Lilith. Jego rodzice stali na przeciw demonicy w odległości około dwóch - trzech metrów. - Nie mam pojęcia jak się tu znaleźliście, ale właśnie zrobiliście największa głupotę w życiu. - powiedziała zimno - Nicole nie żyje. - rzucił Will i szedł po kilku stopniach z obnażonym Gabrielem. - Zabiliście moja córkę. - dłoń demonicy zaczęła się trząść w niekontrolowany sposób. Zamknęła ją w pięść, ale dalej się trzęsła. - Demony na nich. - rozkazała Mam nadzieję że nowe tło się spodoba. Rozdział 4 Jace Gdy Magnus wszedł z Clary do pokoju wszyscy poszliśmy do biblioteki. - Mogłyby zostać tylko Isabell i Marys? Proszę. – powiedziałem i popatrzyłem błagalnie na Aleca i Simona - Dobra i tak się dowiemy o co chodzi. – prychnął Simon i wyszli. Siadłem na fotelu i ukryłem twarz w dłoniach. Po chwili wszedł Magnus i ogłosił poważnym tonem: - Clary jest w ciąży, ale nie zwyczajnej. - Co to znaczy? – zapytała zdezorientowana Isabell - Chodzi o to że będzie się czuć coraz gorzej a przy porodzie może nawet umrzeć. – na te słowa zerwałem się z fotela a Bane popatrzył na mnie współczująco - Dlaczego? - zapytałem – Ponieważ dziecko będzie miało w sobie więcej krwi anioła niż ona. Przykro mi Jace. - A jest jakiś sposób żeby temu zapobiec? – spytała Marys - Ona nie chce usunąć dziecka, a to jest jedyne wyjście. – powiedział przepraszającym tonem – Będę do niej przychodził i sprawdzał czy wszystko w porządku. Niech ktoś do niej pójdzie, bo gdy wspomniałem o usunięciu dziecka wpadła w totalny szał… - reszty już nie usłyszałem bo wypadłem z biblioteki i pobiegłem do Clary. Clary Klęczałam ma podłodze i rysowałam kolorowe kreski. Nagle drzwi się otworzyły i trzasnęły z takim hukiem że aż podskoczyłam. Ktoś do mnie podszedł i przytulił od tyłu, po chwili rozpoznałam te ręce. To był Jace, oparłam się o niego plecami a on mnie podniósł i zaniósł do łóżka. - Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć. I przeprasza za to że jesteś w ciąży. – wyszeptał kładąc się koło mnie - Nie obwiniaj się. To po prostu się stało. A teraz nie chce o tym rozmawiać, ale mam jedno pytanie. - Jakie? - Czy dalej chcesz… ze mną być? Jeśli nie… To zrozumiem. – powiedziałam a łzy spłynęły mi po policzkach. Jace otarł je i przytrzymał moją twarz dłońmi - Nigdy cię nie zostawię. Ciebie ani naszego dziecka. – powiedział z uśmiechem i pocałował mnie w głowę - Kocham cię. – szepnęłam i wtuliłam się w niego. - Ja ciebie bardziej. – odszepnął i zasnęliśmy przytuleni do siebie. [ Gdy się obudziłam zobaczyłam że Jace jeszcze śpi więc wymknęłam się do łazienki i wzięłam kąpiel. Nie wiem jak długo siedziałam w wannie gdy rozległo się pukanie. - Clary, wszystko w porządku? – to była zatroskany głos Jace’ a - Tak, wiesz że lubię się długo kąpać. – odkrzyknęłam, wyszłam z wanny i owinęłam się ręcznikiem. Gdy przeczesałam włosy i wyszłam, zamarłam… Na zaścielonym łóżku siedział mój anioł, wszystko co jeszcze wczoraj było na podłodze teraz było pięknie poukładane na biurku. Podeszłam do niego i usiadłam na jego kolanach. - Ty to posprzątałeś? - Ja, a kto inny? Znasz jeszcze kogoś z instytutu kto mógłby posprzątać twój pokój? – powiedział głaskając mnie po włosach. - Nie, nie znam. I nie znam nikogo kogo bardziej bym kochała, niż ciebie. – wymruczałam i pocałowałam go, delikatnie ale i namiętnie. - Ubierz się i idziemy na śniadanie. – po tych słowach wyszedł a ja szybko ubrałam się w szmaragdową tunikę, czarne rurki i czarne trampki. Włosy jeszcze raz rozczesałam i zostawiłam rozpuszczone. Gdy wyszłam na korytarz, Jace zmaterializował się koło mnie i objął opiekuńczo ramieniem. Weszliśmy do jadalni i wszyscy zaczęli bić brawo. - O co chodzi? – spytałam szeptem Jace’ a - Zapomniałaś? - O czym? – w tym momencie zaczęły spadać na mnie kolorowe gwiazdki i rozległo się głośne „sto lat”. – Moje urodziny. – mruknęłam pod nosem ale uśmiechnęła się do innych. Jak już zjedliśmy poszliśmy do salonu i tam zaczęłam dostawać prezenty. Od Aleca i Magnusa dostałam kule ze sztucznym śniegiem i figurkami przedstawiającymi mnie i Jace’ a. Dowiedziałam się że gdy nasza rodzina się powiększy to w kuli pojawi się figurka naszego dziecka. Od Isabell dostałam zieloną bransoletkę z małymi diamencikami które ( jak powiedziała Izzy ) są idealne na demony. Simon dał mi zawieszkę. Był to owal ze wzorem z moich ulubionych kwiatów, czyli lilii. Zawieszka była otwierana więc postanowiłam że włożę do niej zdjęcia najbliższych. Następna była kolej Marys i Roberta. - Udało nam się sprowadzić uczonego od runów, przyjedzie za dwa dni. A tym czasem mamy coś co ci się przyda. – Robert podszedł do mnie i podał mi podłużne, czarne pudełko – Otwórz. – zachęcił. Więc otworzyłam, w środku znajdowała się piękna Stella, była zielona ale, tak jakby, po niej wspinał się złoty wąż. - Dziękuje, jest piękna. – powiedziałam i przytuliłam Marys. A łzy zaczęły napływać mi do oczu. - Dobrze, jest już 13, więc ja cię porywam. – powiedział Jace i pociągnął mnie w stronę drzwi. - Tylko nie zapomnijcie że o 20 jest impreza. – krzyknęła za nami Izzy --------------------------------------------------- Wiem że trochę nudne i mało się dzieje ale postaram się poprawić w następnym rozdziale. Wika

jace i clary w ciąży